Range Rover Sport Autobiography Dynamic

Sportowy SUV

Range Rover Sport niewiele różni się pod względem gabarytów od swojego brata Evoque. Sport jest raptem o pół metra dłuższy. Pierwsza generacja pod kątem technologicznym nawiązywała do modelu Discovery. Użyto w niej tego samego zawieszenia, co w Discovery LR3 (Land Rover Discovery III). Z zewnątrz Sport I miał kojarzyć się z Range Roverem. Patrząc na te dwa modele widać sporo podobieństwa i niewprawione oko mogłoby się pomylić (podobnie zaokrąglony tył, tylne lampy, przedni zderzak z grillem).

Z II generacją jest już inaczej. Została zaprezentowana w 2013 roku na Światowych Targach Motoryzacyjnych w Nowym Jorku. Jest lżejsza od pierwszej generacji o 400 kg (dzięki zastosowaniu w dużej mierze aluminium), dłuższa (o prawie 15 cm) i szersza o 5,5 cm od poprzednika. Dzieli tylko 25% części z Range Roverem, a więc można powiedzieć, że II generacja Range Rover Sport, to zupełnie odrębny model i nie powinno – ba – nie należy porównywać jej do większego brata.

Podążanie za modą

W 2017 roku Sport przeszedł lifting twarzy i nie tylko. Zastosowano nowe wkłady lamp wykonane całkowicie w technologii LED, a także inne, bardziej napompowane zderzaki. Wymowna sylwetka, odważnie opadająca linia dachu, charakterystyczne wcięcia w karoserii – to typowe znaki rozpoznawcze stylistów Range Rovera. Mogę powiedzieć, że projektanci stworzyli auto, przy którym nie przejdziesz obojętnie.

Model, który dostałam do jazdy był z 2018 roku, w kolorze czarnym. No może nie do końca czarnym, bo pełna nazwa według producenta to „Santorini Black”. Zawsze zastanawia mnie skąd te wymyślne nazwy. Jakby kolor nadwozia nie mógł się po prostu nazywać black. Santorini jest grecką wyspą wulkaniczną pełną biało-niebieskich domków, więc zupełnie nie rozumiem dlaczego akurat tak go nazwali. Może sugerowali się ciemnym piaskiem wulkanicznym?

W przymierzanym przeze mnie modelu zamontowano laserowe reflektory o nazwie Pixel-Laser LED. Bardzo dobrze oświetlają drogę i pobocza podczas jazdy późnym wieczorem czy w nocy. Dach w kolorze nadwozia – Santorini Black – z panoramicznym oknem. Bardzo dobry pomysł, by w słoneczne dni łapać więcej słońca do środka. Zaciski tarcz hamulcowych są w kolorze czerwonym, by podkreślić, że ten samochód to nie żarty.

Otwierając drzwi na wstępie widać dwukolorową skórzaną tapicerkę. Przednie fotele mogą być regulowane w 22 kierunkach (zgubiłam się po piątej regulacji). Dodatkowo posiadają rozbudowane zagłówki. Siadając w fotelu już wiesz, że możesz zapomnieć o bólu pleców. Na środku guziki zastąpiono zestrojonymi ze sobą ekranami dotykowymi. Na pewno służy to większej wygodzie. Tylko oprócz wygody dostajemy mnóstwo odbitych opuszków, co niezbyt estetycznie wygląda.

Gdy usiadłam do tyłu, to trochę się zawiodłam. W końcu to SUV, potężne auto i w każdym jego miejscu człowiek powinien czuć się komfortowo i wygodnie. A jednak. Przez opadającą linię dachu z tyłu będą mogły czuć się komfortowo tylko niskie osoby. Szkoda.

Jaki jest ten Sport?

Range Rover Sport posiada pięć jednostek napędowych. 3 litrowe diesle V6 o mocy 258 koni mechanicznych i 306 KM, a także trzy litrowy silnik benzynowy V6 o mocy 340 KM i dwie 5-cio litrowe V8 o mocy 510 i 575 koni. Przy czym ta ostatnia to już jest najmocniejsza wersja SVR. Ja miałam przyjemność pojeździć 5-cio litrowym potworem z silnikiem V8 o mocy (jedynie) 510 koni mechanicznych. Gdy go odpaliłam poczułam przyjemnie mrowienie w klatce piersiowej. Basowy pomruk. Duża kierownica bardzo dobrze leżała w dłoniach.

Ruszyłam niespiesznie do przodu. Range Rover Sport jest zaskakująco cichy jak na swoje V8 (oczywiście, gdy jedziemy ekonomicznie i spokojnie). Kiedy wyjechałam z miasta miałam okazję przekonać się, co potrafi. Pomimo wagi ponad dwóch ton, żwawo przyspiesza, co zdziwiło mnie i kilku przechodniów. Dźwięk, jaki wydobywa się z niego, gdy wciskamy mocniej gaz przypomina zbliżającą się burzę. Ale nie byle jaką burzę. Tylko potężną, z piorunami.

Ustawiłam tryb „sport”, by jeszcze bardziej go rozbudzić. Ustawienia komputera utwardziły zawieszenie, które do tej pory było trochę za miękkie. Jadąc dynamicznie słyszałam przy każdej redukcji, jak strzela z rur wydechowych, przez co miałam jeszcze większy uśmiech na twarzy.

Na drodze asfaltowej nie prowadzi się zbyt dobrze. Owszem tłumi dziury i nierówności jakie się pojawią, ale pływa w zakrętach. Czuć, że buja całym nadwoziem, co nie pozwala by można było poczuć się w nim bezpiecznie. Na prostej drodze problem ten może być odczuwalny podczas szybkiego wyprzedzania przy dużej prędkości.

Ale gdy zjedziemy z asfaltu na bezdroża i wybierzemy za pomocą drążka do zmiany ustawień samochodu odpowiedni tryb podłoża (np. piasek, błoto, skały) zadzieje się komputerowa magia. Na wyświetlaczu pokładowym widać, jak komputer sam (automatycznie) i w jakim stopniu blokuje mechanizm różnicowy, który umieszczony jest centralnie. Muszę przyznać, że inżynierowie wiedzieli, co robią montując to pokrętło. Jestem pewna, że większość osób, które posiadają ten samochód nie ma pojęcia o terenie, a tym bardziej jak go pokonywać. I za to chylę im czoło. Dzięki temu nawet największy laik jest w stanie pokonać średnio zaawansowany teren bez większych problemów. Po prostu należy wybrać odpowiedni tryb podłoża, jechać i podziwiać co to auto potrafi.

Mieszczuch?

Nie uważam Range Rovera Sport za mieszczucha, chociaż większość modeli zapewne tak będzie traktowana. Jest to auto klasy premium. Wyposażony w nowoczesną technologię i różne udogodnienia, które podpasują pasażerom i kierowcy (podgrzewane fotele, kierownica, chłodziarka). Producenci musieli się nad nim sporo nagłowić, by stworzyć samochód, który w miarę dobrze będzie prowadził się na asfalcie, ale też nie zatraci swojego ducha w terenie. I gdy komuś przyjdzie do głowy taplanie w błocie czy jazda po skałach, to Range Rover Sport da sobie tam radę. Mało tego, nawet się nie spoci w porównaniu do kierowcy. https://youtu.be/Wm_QV91Dlhk